Sport – jakie masz wymówki?

Czyli co się musiało stać, żebym nie poszła biegać?

Od jakiegoś czasu publikuję na Facebooku moje miesięczne aktywności sportowe w Endomondo. Normą jest, że każdego dnia pojawia się zielony ludzik świadczący o tym, że tego dnia biegałam/ maszerowałam. Mam taką zasadę, że choćby nie wiem co, idę przynajmniej na 15 minut, ale codziennie, że jak nie jestem w formie na bieganie – przynajmniej maszeruję, za to szybko. Sprawia to, że nie muszę się zastanawiać, czy jak jest taki mróz, deszcz, takie zmęczenie, to mam iść czy nie. Bo z góry wiadomo, że idę.

Pojawia się jeszcze jeden aspekt. Dni wyglądają różnie. Wiele się dzieje. A ja, a właściwie my (ja i mąż), musimy tak je planować, żeby był czas na sport dla nas obojga. Na przykład ostania niedziela. Rano komórka małżeńska – takie spotkanie formacyjno-towarzyskie z innymi rodzinami. Powrót do domu, przepakowanie się i wyjazd na warsztaty z Piękna Myśli, które współprowadziłam. Po nich wiedziałam, że być może będę miała jakieś 40-50 minut czasu do mszy. W związku z powyższym, jakby co – miałam ze sobą strój sportowy. Po warsztatach zrobiłam 2,5 kilometry, a po mszy wróciłam do domu i mąż mógł mieć swoją codzienną dawkę ruchu.

Oczywiście mam też takie dni, kiedy mimo wszystko muszę odpuścić. Ale to naprawdę są wyjątkowe dni. Raz była to choroba z antybiotykiem (5 dni przerwy, po których od razu wróciłam do biegania). A innym razem dzień-wyzwanie, kiedy już po prostu się nie dało. Opiszę go, żeby pokazać, co się musi stać, żebym odpuściła.

Piątek – dzień, kiedy ja nie pracuję. Mąż w drodze na szkolenie w Warszawie. Ja muszę ogarnąć trójkę dzieci (20 miesięcy, 3 lata, 6 lat). Pobudka o 6 zamiast o 7. Śniadanie. Najmłodszą odprowadzamy do żłobka. Potem jedziemy samochodem do szkoły, która znajduje się jakieś 14 km od naszego domu. Samochodem jeżdżę od roku, do szkoły odwoziłam ostatnio w wakacje – na co dzień robi to mąż, bo to w pobliżu jego pracy. Trasa, którą poprzednio jeździłam wydaje się skazana na porażkę przy obecnych korkach w Krakowie (dużo remontów przed Światowymi Dniami Młodzieży). Stąd planuję jazdę autostradą 10 km więcej, ale wydaje sie, że będzie szybciej. Normalnie zostawiłabym tam też średnią córkę (szkoła i przedszkole są w tym samym miejscu), ale tym razem jedziemy na badania do Szpitala Dziecięcego. Ze szkoły znów na autostradę. Tak w ogóle autostradą jadę 3 raz w życiu – nie jest to dla mnie komfortowa sytuacja. W szpitalnej poradni swoje trzeba odczekać – jakieś 5 godzin. Zmęczone straszliwie wracamy do domu. Tam już czeka na nas niania. Jedzenie, pół godziny dla siebie na reset, przebranie się w strój sportowy – bo planuję, że przed lub po szkole znajdzie się chociaż 15 minut na bieganie, odbieram najmłodszą ze żłobka i oddaję w ręce niani, a sama jadę po najstarszą. Na autostradzie właściwie od początku korek. Do szkoły docieram pół godziny później niż planowałam. W międzyczasie mąż telefonicznie załatwia odebranie z zajęć i opiekę szkoły nad córką. Wracam do domu tak, że niania musi już wychodzić. Przeprowadziła się parę dni wcześniej poza Kraków i wraca do domu busem.

Wieczorem tego dnia byłam tak zmęczona, że usnęłam razem z dziećmi o 21 i wstałam rano. W życiu po prostu są takie dni. Ale są one wyjątkowe. A na co dzień naprawdę da się mieć czas na sport. To tylko kwestia chcenia i dobrego planowania.

Kobiety, jak im na czymś zależy, potrafią być niezwykle pomysłowe, zdyscyplinowane, przedsiębiorcze. A mamy w związku z większą ilością obowiązków, mam wrażenie, że jak chcą, mają te cechy bardziej 🙂 A może sport mógłby być taką rzeczą, na której będzie Ci zależeć? Może czas skończyć z wymówkami?

Powodzenia w Waszych zamierzeniach, planach. Zwłaszcza wtedy, kiedy jest trudno. Niech moc będzie z Wami 😉