Wyzwanie, które hartuje

Nadziwić się sobie nie mogę

Biegam, choć nie planowałam

Zaczęłam biegać rok temu, w wieku 39 lat, choć nigdy tego nie planowałam. A wszystko dzięki poprzedniej edycji Wyzwania Kamili Rowińskiej. Jak dziś pamiętam pierwszy dzień, kiedy po przebiegnięciu dwóch kilometrów, myślałam, że padnę. Ale dość szybko przezwyciężyłam początkową niemoc i wpadłam w rytm. Z przyjemnością biegałam coraz więcej, coraz szybciej. Potem raz na tydzień chodziłam na grupę biegową, żeby nauczyć się robić rozgrzewkę, rozciąganie. Kolejnym krokiem były bezpłatne treningi z inną grupą biegową. Wreszcie kolega podsunął mi pomysł wyścigu. Zaliczyłam pierwsze 5 km w czasie poniżej 30 min. Dobra lokata. Wynik, z którego byłam naprawdę dumna. Potem były wyścigi na 10 km, a na jesieni miał być półmaraton.

Trudna prawda

Podejmując kolejne wyzwania biegowe poznałam też moje ograniczenia. Dowiedziałam się o sobie, że mój organizm dużo, dużo gorzej radzi sobie z dłuższym dystansem (10 km) . Okazało się, że wolno się regeneruję – po wyścigach koszmarnie boli mnie głowa, przez kilka godzin nic nie mogę jeść, bo i tak wszystko zwymiotuję. I dzieje się tak pomimo tego, że 5 km biegam w tempie 5:30 a przy 10 km pilnuję się, żeby to były okolice 6:00. Jednak dalej nie mam na siebie patentu. Nie wiem, jak pomóc mojemu ciału, jak jeść, jak biegać, żeby nie cierpieć tak bardzo. W tej sytuacji jedyną rozsądną decyzją było odłożenie półmaratonu na kiedyś. Obecnie moim celem jest optymalizacja wyścigów na 10 km. W jakimś sensie jest to trudne, bo mój przykład zainspirował sporo dziewczyn w moim środowisku. Wiele z nich, choć biega krócej, ma o wiele lepsze wyniki, niektóre już przebiegły półmaraton. I mogłabym zakręcić się tu wokół tego, czego nie mam, gdzie musiałam odpuścić.

A jednak jestem zwycięzcą

Ja jednak widzę to, co wygrałam, to co mam:

  • W jakimś sensie jestem przykładem, inspiracją, motywacją dla dziewczyn. Zorganizowałam kilkumiesięczne wyzwanie Endomondo. Zaproponowałam wyścig drużynowy, gdzie pobiegło 2o wspaniałych kobiet. Kilka walczy ze mną w ramach obecnego Wyzwania Kamili Rowińskiej 🙂
  • Dziewczyny może i mają świetne wyniki, ale jeśli chodzi o systematyczność i samozaparcie, o bieganie pomimo – jestem najlepsza 🙂
  • Daleko w tyle zostawiłam wiele kobiet w moim wieku, które same dla siebie są „za stare” na wyzwania.
  • Wiem, że walczę o siebie i dla siebie. To nic, że na zawodach nie mam świetnych wyników. Widzę mój postęp osobisty – biegam szybciej i lepiej niż kiedyś.
  • I moje ostatnie odkrycie – moje bieganie tak mnie zahartowało, że nie odpuszczam również w innych obszarach. Zdałam sobie z tego sprawę dzisiaj, kiedy przez 8 godzin walczyłam z ograniczeniami łącza, z oporem mózgu i tym, że się wolniej uczę niż reszta grupy. A mimo to nie poddałam się.

Nowa chemia mózgu

Od jakiegoś czasu uczę się programować, żeby się przekwalifikować na branżę IT. Pracuję w urzędzie, mam wykształcenie humanistyczne, a do tego 40 lat, trójkę małych dzieci. I myślę sobie, że to, co próbuję robić to jakiś kosmos. Zapisałam się na intensywny kurs on-line. Zajęcia są wieczorami i w soboty. Kupiłam sobie słuchawki i chodzę tam, gdzie jest WI-FI: pizzeria, KFC, pokój co-workingowy w Galerii. W domu przy dzieciach, nie jest możliwe uczestniczenie w webinarach. Do tego jestem chyba najgorsza w grupie. Inni albo na starcie dużo więcej wiedzieli, albo szybciej ogarniają nowe tematy, co przekłada się na efektywność robienie nowych zadań w czasie zajęć.

Do tego dziś doszło kolejne wyzwanie. Przez pierwsze 2 godziny miałam problemy z łączem. Wielokrotnie musiałam ponawiać logowanie. Na początku bardzo mnie to frustrowało. Zmieniałam przeglądarki, sprawdzałam łącze. W efekcie, jak już „wróciłam”, to grupa przerobiła nowy materiał, bez którego nie umiałam się odnaleźć w bieżącej pracy. Byłam bardzo zmęczona. A tu przede mną jeszcze 6 godzin zajęć.

Pomyślałam sobie, że może bym się rozpłakała, bo to czasem pomaga. Tylko, że w sumie nie chciało mi się płakać.

Pomyślałam sobie, że może wrócę do domu i pouczę się z nagrań. Ale nawet nie rozwinęłam tego wątku. Dla mojego mózgu ta opcja nie wydała się atrakcyjna.

Wiedziałam, to że jakoś to trzeba będzie nadrobić. Czasu mało, bo po drodze niedziela z rodziną, poniedziałek z najstarszą córką, która nie idzie do szkoły, wtorek święto. A od czwartku do niedzieli znów mam zajęcia. No to zaczęłam kombinować, jak wycisnąć na maksa to, co mam. Gdy tylko byłam online, to kopiowałam czat, bo tam były linki do zadań, które grupa już rozwiązała. Otwierałam je i wpisywałam do konsoli. Żeby już mieć materiał, nad którym będę pracować w domu. Równocześnie słuchałam na bieżąco, żeby widzieć, o czym mówią, żeby mieć jakiś punkt zaczepienia do pracy w domu. Bo materiału jest dużo i nie starczy czasu na odsłuchanie wszystkiego.

To co się dziś wydarzyło pozytywnie mnie zaskoczyło. Okazuje się, że niby widzę moje ograniczenia wynikające z predyspozycji, sytuacji rodzinnej, braku wykształcenia technicznego, wieku. Jest trudno. W sumie mogłabym się poddać, odpuścić. Ale jakoś się na tym nie skupiam. Za to mam w głowie, że skoro tak jest, to muszę ciężej pracować niż inni.  Mój mózg ciągle szuka rozwiązań. Zastanawiam się, co jeszcze mogę zrobić, jak sobie pomóc.  Właśnie dziś w czasie biegania wymyśliłam, że może będę uczyć się żonglować, żeby ćwiczyć umysł. Od jakiegoś czasu – z tego samego powodu – codziennie rozwiązuje sudoku.

Jest to dla mnie samej zaskakujące, że tak mam. Wygląda na to, że zmieniła mi się chemia mózgu, który za pewnymi myślami w ogóle nie podąża, nawet gdy się pojawiają. Za to mocno jest nastawiony na wygrywanie (na miarę mnie) i generuje zasoby i pomysły, które pozwalają osiągnąć więcej.

Wyzwanie, które hartuje

I jak się zastanawiam, skąd tak mam. To myślę, że wiele tej determinacji zbudowałam w sobie dzięki mojemu codziennemu bieganiu od lipca 2015 roku. Dzięki tym 2 km (lub więcej) przemierzanym pomimo pogody, choroby, trudności. I biegam dalej. I nie wiem, gdzie jeszcze mnie to zaprowadzi. Biegowo i życiowo.